Postanowienia noworoczne

Postanowienia noworoczne

Tak jakoś już jest, że ten Nowy Rok u wielu osób wywołuje chęć zrobienia postanowień celem poprawy swojego życia. Z trzymaniem się tych postanowień bywa różnie u każdego. Sama jestem tego najlepszym przykładem. Często staram się znaleźć jakieś usprawiedliwienie dlaczego coś zrobić albo czegoś nie robić (to drugie znacznie częściej). Gubi mnie też, że tych postanowień jest z reguły dużo i zajmują one dużo czasu, którego zwłaszcza obecnie przy moim bardzo aktywnym Stasiku mam coraz mniej. Biorąc pod uwagę te wszystkie czynniki na rok 2015 mam 3 postanowienia, a nie 30 jak zwykle.

Po pierwsze- wysypiać się jak człowiek. Dla mnie oznacza to chodzenia spać najpóźniej o północy, a nie siedzenie do 2-3 co mi się ostatnio nagminnie zdarza, a później mój synek funduje mi pobudkę w okolicach 7-8 rano i jestem nieprzytomna. Zero kawy, herbaty na wieczór i chodzenie spać najpóźniej o północy to mój priorytet na rok 2015.

Druga rzecz to powrót do ćwiczeń. Akurat w moim przypadku motywacją nie jest chęć zrzucenia kilogramów, bo 56 kg przy 167 cm wzrostu uważam za bardzo w porządku. Dla mnie motorem do działania w tym kierunku jest chęć poprawienia sprawności ogólnej i zlikwidowanie garbienia się, co niestety namiętnie robię. Jak kiedyś ćwiczyłam to nie miałam problemu z garbieniem się, więc teraz również chcę się go pozbyć. Mam tyle płyt i gazet z ćwiczeniami, że mogłabym chyba otworzyć siłownię, więc pora w końcu z nich aktywnie skorzystać. Mąż też stwierdził, że do mnie dołączy. Jak ktoś jeszcze jest chętny to zapraszam do dołączenia. Postaram się na bieżąco opisywać swoje doświadczenia na blogu.

Ostatnia rzecz, którą postanawiam na rok 2015 to regularne comiesięczne, a co najmniej raz na 6 tygodni, wizyty u fryzjera i kosmetyczki. Obecnie mam krótkie włosy, a taką fryzurę trzeba często przycinać, żeby jakoś wyglądała. A co do kosmetyczki to mimo tego, że pewne rzeczy mogę zrobić sama w domu, to jednak nie dysponuję takim sprzętem ani taką wprawą jak wykwalifikowana do tego osoba, żeby zrobić sobie na przykład zabieg mikrodermabrazji. Dlatego też w tym przypadku postanowiłam korzystać z pomocy specjalisty.

Nie będę pisałam, że będę kupowała mniej kosmetyków, bo akurat wiem, że to nie przejdzie. Wystarczy tylko, że Sleek, Essence czy Makeup Revolution albo jakaś inna firma wypuszczą coś co mnie interesuje, to na pewno z tego skorzystam. Z tego powodu odnośnie kupowania kosmetyków nie robię żadnych postanowień.

Na koniec mam taką małą propozycję dla wszystkich, którzy tak jak ja są fanami palet firmy Sleek. W związku z nadchodzącym karnawałem proponuję styczeń po znakiem palety "Rio Rio". Jeśli ktoś ją posiada, wykonuje nią jakieś ciekawe makijaże i chciałby się nimi pochwalić to serdecznie zapraszam do dodawania linków w komentarzach. Ja sama postaram się w miarę możliwości stworzyć kilka makijaży (co najmniej) i wrzucić je na bloga. Jak pomysł wypali to luty będzie pod znakiem innej paletki ze Sleeka. Ktoś chętny na pochwalenie się swoim malowaniem :-)?

Błędy w pielęgnacji i makijażu, czyli jak nieświadomie można sobie zaszkodzić

Do napisania tego posta natchnął mnie mój dużo lepszy niż kiedyś stan skóry. Patrząc na swoją pielęgnację kiedyś i teraz widzę ile błędów popełniałam i jak to negatywnie odbiło się na mojej skórze. Postaram się krótko przedstawić co w moim mniemaniu jest błędem w dbaniu o siebie i dlaczego.

1. Po pierwsze, podstawowym błędem dla mnie jest dość ślepe zaufanie do reklam i później dołowanie się, że nie wygląda się jak ta modelka z reklamy. Kosmetyki jakiś cudów nie zdziałają, mogą nam jedynie pomóc i to dość doraźnie. No i przede wszystkim- te super gładki buzie, idealne rzęsy czy usta to najczęściej zasługa magika zwanego Photoshop. Jak ktoś nie wierzy to polecam obejrzeć i przeczytać książkę Rae Morris "Makijaż bez tajemnic". Autorka pisze, że żadne ze zdjęć nie jest obrabiane w Photoshopie i wyraźnie to widać, bo modelki na zdjęciach nie są idealne, ale znacznie bardziej naturalne.

2. Pielęgnacja niedobrana do wieku, typu cery i środowiska w jakim się przebywa. Sama kiedyś próbowałam przesuszyć swoją jak mi się wydawało tłustą skórę i skutki tego były dość średnie. Jak ktoś nie jest w stanie sam określić jaki typ skóry ma i czego ona potrzebuje to warto skorzystać z pomocy specjalisty, czyli dermatologa lub kosmetyczki. Gabinety kosmetyczne dość często oferuję test typu skóry i nie jest to jakiś zawrotny koszt.

3. O używkach wspominać nie będę, bo sama mam swoje grzeszki papierosowo-alkoholowe na sumieniu, a nie zamierzam nikogo pouczać. Generalnie fajki są kiepskie, a alkohol pity z umiarem (ale naprawdę z umiarem) może pomóc. Ostatnio były nawet badania na temat wpływu resweratrolu, który jest składnikiem czerwonego wina, na skórę i są one bardzo pozytywne, zarówno w aplikacji wewnętrznej, jak i jako składnik kremów i maseczek.

4. Wyciskanie pryszczy, wągrów, zaskórników. Wiem, że ciężko się powstrzymać, bo samej mi się to zdarza. Kiedyś zdarzało się częściej i przez to mam drobne blizny po tym maltretowaniu skóry. Pryszczy nie wyciskamy, tylko smarujemy czymś anybakteryjnym, a zaskórniki i wągry oczyszczamy za pomocą kwasów, peelingów mechanicznych i enzymatycznych oraz masek oczyszczających.

5. Dieta i słabe odżywianie się. O diecie post się powoli pisze, bo to jak jem obecnie ma genialny wpływ na mój wygląd. To co najgorzej na nas wpływu to zbyt duża ilość żywności przetworzonej i nie mówię tu tylko o fastfoodach.

6. Za małe spożycie wody w stosunku do kawy, herbaty, alkoholu, napojów gazowanych. Często czytamy o tym, że należy pić 2 litry wody dziennie. Nie jest to do końca prawdą. Należy spożywać te 2 litry plus co najmniej szklankę wody na każdą wypitą kawę, herbatę, drinka. Tego typu napoje bardzo nas odwadniają co odbija się na naszej skórze.

7. Jeśli chodzi o makijaż to pierwszy grzech to źle dobrany podkład. Wiele osób narzeka, że każdy podkład jest za ciemny i częściowo jest to prawda, gdyż dużą gamę kolorystyczną mają najczęściej firmy z wyższej półki. Zbyt ciemny podkład wygląda źle, ale zbyt jasny też robi dość słabe wrażenie. Jak mamy taką możliwość finansową to lepiej kupić dwa podkłady, najlepiej tego samego rodzaju i z nich stworzyć sobie kolor idealny.

8. Trupie pomadki- coś czego ja osobiście nie znoszę. Nie każdy musi nosić fuksję albo ognistą czerwień na ustach, ale pomadka nie powinna być jaśniejsza niż nasza skóra, bo wygląda to kiepsko. Jak ktoś nie lubi mocnych kolorów i woli delikatniejszy makijaż to firma Essence ma rewelacyjną pomadkę w swojej ofercie. Jest to bodajże 07 Natural Beauty. Testowałam to już na kilku osobach i na każdym wygląda dobrze. Pomadkom Essence poświęcę osobnego posta, bo są po prostu świetne.

9. Ciemna szminka i niezadbane usta- to zawsze wygląda źle. Sama się o tym przekonałam. Dobry peeling do ust albo po prostu miód i balsam mogą zdziałać cuda.

10. Posklejane rzęsy, porozmazywany tusz i cienie zebrane w zmarszczkach zawsze zepsują nasz wygląd. Warto poświęcić tą minutę więcej podczas makijażu i rzęsy wyczesać.

11. Na koniec najważniejszy błąd- niezmywanie makijażu! Niezależnie od tego czy był to krem BB, podkład czy tylko wytuszowane rzęsy przed pójściem spać zmywamy wszystko dokładnie.

Jak ktoś ma jeszcze jakieś ciekawe błędy, o których zapomniałam to chętnie o nich poczytam w komentarzach.

Recenzja podkładu Rimmel Match Perfection

Kolejna recenzja podkładu z firmy Rimmel. Tym razem, w przeciwieństwie do podkładu Stay Matte o którym pisałam w poprzedniej recenzji, będzie sporo pochwał.

Podkład Match Perfection nabyłam na jakiejś przecenie w Super-Pharm za cenę ok 25 PLN. Kosmetyk zbierał całkiem dobre recenzje na stronie wizaz.pl, więc postanowiłam spróbować tym bardziej, że cena dość przyzwoita. Zachęcona pozytywnymi reklamami zabrałam siebie i swój wielki w tym czasie ciążowy brzuch do wyżej wymienionej apteko-drogerii i zakupiłam podkład Rimmel Match Perfection w kolorze 103 True Ivory albo 101 Classic Ivory. Prawdę mówiąc to nie mam teraz buteleczki, żeby sprawdzić, ale kolor był w ładnym, chłodnym odcieniu. Przejrzałam przed chwilą polską stronę firmy Rimmel i z tego co tam jest napisane wynika, że w Polce dostępny jest tylko odcień 101 Classic Ivory. Mnie się jednak wydaje, że miałam odcień 103 True Ivory, który na stronie angielskiej jest strasznie różowy. Generalnie odcieni w Polsce jest znacznie mniej niż na Wyspach.

Podkład otrzymuje w zgrabnej szklanej buteleczce z niebieską, plastikową nakrętką. Do podkładu załaczona jest pompka, którą możemy łatwo dozować produkt bez zbędnego pryskania. Dwa niewielki minusy-podkład dość mocno osiada na ściankach i przez to ciężko sprawdzić ile zostało i wydobyć go do końca oraz niestety szklana buteleczka. Ja wiem, że to lepsze pod kątem zarówno ekologii, jak i przechowywania kosmetyku, ale moja niestety u mnie w domu dość często rzeczy spadają, a szkło ma tendencję do pękania.

O kolorze już wspomniałam wcześniej natomiast chciałabym dopisać, że Rimmel MAtch Perfection to pierwszy podkład, który mi całkowicie podpasował kolorystycznie. Mam twarz sporo jaśniejszą od reszty ciała, a zwłaszcza ramion i dekoltu i ciężko dobrać mi podkład, który zgra się zarówno z kolorem mojej buzi, jak i resztą ciała, a podkład Rimmel spełnił te wymagania. Tym bardziej ubolewam nad swoja sklerozą odnośnie odcienia. 

Kosmetyk nie jest ani za bardzo płynny ani za gęsty. Aplikacja jest bezproblemowa zarówno palcami, jak i pędzlem. Ja podczas używania Match Perfection dopiero odkrywałam inne metody aplikacji niż palce, więc oceniam go tylko pod tym kątem. 

Krycie jak dla mnie w zupełności wystarczające. Podkład na pewno nie jest dla cer problematycznych, z dużym trądzikiem lub rumieniem, bo raczej z tym nie da sobie rady. Za to z moimi rozszerzonymi porami, naczynkami małymi bliznami po pryszczach dawał sobie radę świetnie i wytrzymywał całkiem długo, może poza nosem, ale u mnie to problem z każdym podkładem.

Nie jest to podkład matujący, więc tego się po nim nie spodziewajmy. Powiedziałabym, że raczej potrafi rozświetlić i jeśli ktoś nie ma jakiś większych tendencji do świecenia się skóry to spokojnie może go używać bez pudru. Ja mimo tego, że moja cera często się błyszczy, w chłodniejsze dni nie używałam pudru na ten podkład i byłam bardzo zadowolona z efektu.

Ogólnie to szczerze polecam. Ja rzadko kiedy wykorzystuję podkład do końca- z reguły lądują albo w koszu albo komuś oddaję. Ten wykorzystałam do samego końca. Sądzę, że jak przetestuję te podkłady co już mam, a także dwa podkłady firmy MAC, na które poluję i nie będzie wśród nich podkładowego Świętego Graala to z chęcią wrócę do Match Perfection.

Recenzja balsamu Vaseline

Jeśli ktoś czytał recenzje grudniowych Glossy i Shiny Box to wie, że otrzymałam dwa balsamy marki Vaseline -  biały do bardzo suchej i swędzącej skóry oraz żółty do skóry suchej. Biały miał dostać Mąż ze względu na problemy ze skórą, jednak stwierdził, że woli swoje lecznicze mazidła. W takiej sytuacji balsam spożytkowałam ja.

Jeśli chodzi o wydajność to starczył mi na niecałe dwa tygodnie regularnego stosowania dwa razy dziennie. Może starczyłby na dłużej, ale ja akurat lubię się dość mocno balsamem wysmarować.

Biała wersja jest bezzapachowa i ma to swoje plusy i minusy. Plus jest taki, że lepiej utrzymuje i ładnie podkreśla zapach perfum, a minus taki że ja po prostu lubię ładnie pachnące mazidełka.

A teraz efekty, które przeszły moje oczekiwania. Obawiałam się tych balsamów, przede wszystkim ze względu na parafinę w składzie. Wszystkie kosmetyki z parafiną, których do tej pory używałam sprawiały, że miałam wrażenie bardzo tłustego i wyczuwalnego filmu na skórze. W balsamie Vaseline w ogóle nie ma takiego uczucia. On nawilża wręcz rewelacyjnie. Ja osobiście mam wrażenie, że dzięki temu nawilżeniu skóra jest też bardziej jędrna i taka jakby zbita. Takie samo wrażenie ma moja Siostra, która już zapowiedziała, że robi sobie zapas tego balsamu, bo tak świetnie nawilża skórę.

Balsam spełnia swoje podstawowe zadanie, czyli bardzo mocno nawilża skóra i redukuje uczucie swędzenia, które dość często pojawia się zimą. Przy tym absolutnie nie zapycha meszków włosowych (parafina!), co mnie się akurat dość często zdarza. W kolejce czeka na mnie jeszcze żółta wersja Vaseline oraz kilka innych balsamów, ale do białego Vaseline na pewno wrócę.

Recenzja podkładu Rimmel Stay Matte

Podkładów firmy Rimmel testowałam kilka i postaram się je wszystkie opisać. Rozpocznę od podkładu Stay Matte - nowej wersji.

Podkład dostał mocno promowaną kampanię reklamową. Wydaje mi się, że reklamowała go córka Micka Jaggera - Georgia May Jagger albo jakoś podobnie. W każdym bądź razie modelka z dużymi ustami i uroczą diastemą.

Produkt reklamowany jako lekki mus wcale taki lekki nie jest. Używałam już kilku podkładów w musie i ten zdecydowanie jest najbardziej "tępy" w rozprowadzaniu, nie ma w sobie takiej miękkości i poślizgu jak niektóre kosmetyki w musie. Co za tym idzie bardzo łatwo przesadzić z ilością i zrobić sobie maskę na twarzy. Jeśli już to trzeba używać naprawdę minimalnych ilości podkładu i bardzo dokładnie go rozcierać. Ja aplikowałam go tylko palcami, bo niestety gąbki jeszcze wtedy nie miałam, a z pędzlem kosmetyk w żaden sposób nie chciał współpracować. Jeśli już piszę o konsystencji i aplikacji to nie sposób nie wspomnieć o tym jak Rimmel podkreśli nam wszystkie suche skórki i wlezie we wszystkie możliwe zmarszczki, nawet takie o których istnieniu nie miało się zielonego pojęcia. Ja zaczęłam nakładać ten podkład na mocno nawilżający krem i dopiero wtedy jakoś to funkcjonowało.

Prawdopodobnie dzięki tej topornej i ciężkiej konsystencji podkład ma jak dla mnie bardzo dobre krycie takich niedoskonałości jak niewielki wypryski czy popękane naczynka. Czasami potrafił też ładnie ukryć rozszerzone pory, ale znacznie częściej po jakimś czasie w nie wchodził i jeszcze bardziej podkreślał. Absolutnie nie polecam aplikowania tego podkładu w okolice oczu, bo tam na pewno poosadza nam się w zmarszczkach.

Kolejną dla mnie bardzo ważną sprawą jest to, że podkład dość mocno oksyduje, przynajmniej kolor numer 200. Z tym problemem poradziłam sobie aplikując pod podkład bazę z Revlonu, jednak wolałabym, żeby Rimmel nie robił takich niespodzianek.

Podsumowując, Stay Matte po jakimś czasie wylądował w koszu na śmieci, bo niestety jego wady przeważały nad zaletami. Być może teraz kiedy moja cera jest znacznie lepiej nawilżona rozważałabym powrót do tego podkładu, jednak mam obecnie tyle innych, że nie chcę po raz kolejny się rozczarować. Przede wszystkim wydaje mi się, że ten podkład dedykowany jest znacznie młodszym kobietom, jeśli nie nastolatkom, które z reguły nie mają zmarszczek.

Jeśli ktoś ma naprawdę dobrze nawilżoną skórę, brak zmarszczek i lubi dość mocny mat i krycie to polecam. W innym wypadku zastanowiłabym się nad czymś innym.

Nominacja do Liebster Blog Award 2014

No i dostałam nominację do Liebster Blog Award 2014. Nominację wystawiła mi Beauty by Nayane. Nie spodziewałam się takiej nominacji, ale chętnie wezmę udział w tym blogowym łańcuszku. Pomysł jest taki, żeby ukazywać i promować nowe blogi z potencjałem. W to mi graj! A o to pytania zadane mi przez Nayane i moje odpowiedzi:

1. Dlaczego postanowiłaś założyć bloga? 
Przede wszystkim dla przyjemności. Uwielbiam kosmetyki, dbanie o siebie i chętnie podzielę się tym co wiem z innymi. Może komuś pomogę.

2. Gdybyś mogła wybrać miejsce, w którym będziesz mieszkać, gdzie by to było?
Barcelona. Byłam raz i się zakochałam, mimo że jestem wielką fanką Realu Madryt :-).

3. Jaka muzyka/piosenka najlepiej wyraża Ciebie?
Rock i latynoska. Mocna, głośna, z energią.
4. Wyjeżdżasz na wakacje i możesz ze sobą zabrać tylko 3 kosmetyki do makijażu - co byś wybrała?
Podkład, szminka, tusz do rzęs.
5. Ulubiona marka kosmetyczna?
Pielęgnacyjnie-obecnie Bielenda, makijażowo- Sleek, Makeup Revolution
6. Gdybyś wygrała bardzo dużą sumę pieniędzy jaki byłby Twój pierwszy zakup?
Duży dom z ogrodem dla mnie i moich chłopaków.
7. Gdybyś mogła zmienić jedną rzecz w swoim wyglądzie co by to było?
Poprawiłabym swoja cerę w sensie blizn i rozszerzonych porów.
8. Jak wyobrażasz sobie raj?
Jako miejsce gdzie mam nielimitowany dostęp do książek i mogę je w spokoju czytać.
9. Bez czego nie możesz się obejść?
Poza moją rodziną? Książki!
10. Gdybyś mogła spotkać się z osobą, która już nie żyje, z kim chciałabyś porozmawiać?
Z dziadkiem, żeby pokazać mu jak mam dobrze w życiu.
11. Jakiego języka obcego, którego jeszcze nie znasz chciałabyś się nauczyć?
Te które chciałam poznać to już znam, ale na pewno chciałabym nauczyć się biegle francuskiego.

A teraz moja lista pytań:
1. Dlaczego blog a nie vlog?
2.  5 niezbędnych kosmetyków w Twojej łazience.
3. Kot czy pies i dlaczego?
4. Polskie kosmetyki czy raczej zagraniczne?
5. Wymarzony zawód.
6. Wymarzone miejsce na świecie.
7. Najlepsze wspomnienie z dzieciństwa.
8. Ulubiona część w Twoim wyglądzie i dlaczego?
9.Dostajesz 2000 PLN na kosmetyki- co kupujesz?
10. Kupowanie w drogeriach czy może online?
11. Wymarzona sukienka na wielką imprezę (opis lub przykładowe zdjęcie)

A nominuję:

Pokolorowany świat

Tym razem nie będzie o konkretnych kosmetykach czy też zabiegach, ale raczej o tym co zdążyłam zaobserwować wokół siebie, a mianowicie wszechobecną szarość. W zasadzie szarość, czerń i brązy od czasu do czasu okraszone różem. Jak się niektórzy mogą domyślać będzie o makijażu.
Z uwagi na to, że Dzika Bestia czyli mój pierworodny nie ma jeszcze roczku, więc obecnie przebywam na urlopie macierzyńskim i trochę częściej niż zwykle mam okazję do spacerów. W czasie wspomnianych spacerów, dość często wspartych zakupami, lubię sobie poobserwować ludzi. W ostatnim czasie z powodu mojego lekkiego bzika na punkcie makijażu z wiadomych przyczyn częściej przyglądam się dziewczynom i kobietom i temu jak są umalowane. Nie będę się tutaj skupiała na technice, czyli czy cienie ładnie roztarte czy kreska równa, ale na tym że widzę bardzo mało kolorów w tym makijażu. Zasadniczo jeśli kobieta jest już umalowana to mamy dwie wersje: mocny, ciemny makijaż w stylu smokey eyes lub bardziej stonowane brązy, beże i szarość spod których od czasu do czasu prześwituje róż. Trochę lepiej jest w makijażu ust, gdzie w zasadzie widać wszystkie odcienie różu, czerwieni, burgundu czy też bardzo lubiane przez niektórych, a przeze mnie uważane za raczej trupie, pomadki w stylu nude.
Mam świadomość, że smokey eyes albo brązy to makijaż odpowiedni w zasadzie dla większości osób i jeśli ma się niezłą technikę nakładania i blendowania cieni to można wyglądać naprawdę nieźle. Jednak wiele kobiet malując się kompletnie nie zwraca uwagi na kolory jakie im mogą pasować, a wybiera wariant bezpieczny. Proponuję poszukać sobie w sieci ( a może ja wrzucę takiego posta) jakie kolory pasują jakiemu kolorowi tęczówki i później sobie trochę poeksperymentować. Gwarantuję, że bardzo wiele osób jak zobaczy się w dotychczas szerokim łukiem omijanym kolorze, który będzie dobrany do jego tęczówki, to zmieni całkowicie sposób malowania oczu.
Wydaje mi się, że strasznie boimy się kolorów na oczach w przeciwieństwie do tych noszonych na ubraniach lub paznokciach. Bardzo często widzę dziewczynę bardzo zachowawczo umalowaną dziewczynę, która ma jakiś intensywny i odważny kolor na pazurkach. To samo tyczy się stroju- wyraziste kolory i wzory przy bardzo minimalnym makijażu. Jak dla mnie to totalnie nie współgra ze sobą. Nie twierdzę, że w codziennym makijażu musimy nakładać turkusowy cień na oko i wściekłą fuksję na usta, bo nie u każdego i nie na każdą okazję się nadaje, ale proponuję trochę poszaleć z kolorami w miarę możliwości. Skoro nie obawiamy się założyć czerwonej bluzki, kolorowej spódnicy czy też spodni do pracy (pracuję w dużej korporacji, więc mam całkiem niezły przegląd strojów u kobiet) to nie obawiajmy się też użycia trochę innego koloru niż beżowy czy czarny na powiece. 
Jak dla mnie to najlepiej jest zrobić w domu prosty eksperyment- załóżmy tą kolorową bluzkę, w której zamierzamy iść do pracy i zróbmy najpierw nasz codzienny zachowawczy makijaż, a potem zróbmy sobie zdjęcie. Potem zmyjmy ten makijaż, zróbmy dobrany do naszego koloru oczu i oczywiście bluzki, ponownie zróbmy sobie zdjęcie. Porównajmy dwa zdjęcie i postarajmy się stwierdzić co lepiej wygląda. Jak nie możemy się zdecydować to poprośmy o to bliską osobę, która jednak potrafi nas ocenić. Gwarantuję, że jeśli nie przegniemy z kolorami i nie zrobimy sobie klauna na oczach, to większość osób zauważy ładnie podkreślony kolor oczu.
Mam nadzieję, że jeśli ktoś to czyta, to został przekonany do spojrzenia krytycznym okiem na brązy i beże, a przychylniej spojrzy na róże czy zielenie.
Moja Sleekomania część 1- Paletka Rio Rio

Moja Sleekomania część 1- Paletka Rio Rio

Oglądając przeróżne makijażowe kanały na YouTubie oraz przeglądając blogi i strony o makijażu natknęłam się na paletki firm Sleek. No i totalnie przepadłam. Tak pięknych kolorów nie widziałam do tej pory w żadnych paletach, które można kupić za w miarę przystępną cenę. Paletka dwunastu cieni kosztuje ok 37-38 PLN i jest dostępna w różnych drogeriach internetowych typu cocolita.pl, minti shop czy też ekobieca. Ja zaczęłam kolekcjonować paletki i będę je chciała po kolei opisać i w miarę możliwości zaprezentować to co udało mi się za ich pomocą stworzyć.
Jako, że zbliża się Sylwester i zaraz po nim karnawał postanowiłam rozpocząć od bajecznie kolorowej paletki Rio Rio.
Paletka wygląda tak:


Zrobiłam też swatche. Najjaśniejszych kolorów niestety dobrze nie widać. Swatche prezentują się tak:


Jak we wszystkich paletach Sleeka cienie mają oryginalne nazwy.
Górny rząd od lewej: Tropics, Night Fever, Ipanema, Caipirinha, Urca, Leblon
Dolny rząd od lewej: Cachaca, City of Gold, Copacabana, Sao Conrado, Bossa Nova, Leme

Część z nich wzięła swoje nazwy od dzielnic Rio de Janeiro.

Cienie są zarówno matowe jak i błyszczące. Pigmentacja rewelacyjna, aczkolwiek ja wszystkie takie intensywne kolory lubię kłaść na bazę stworzoną z białej kredki. Wtedy kolor jest trwalszy i znacznie lepiej widoczny. Mnie najbardziej przypadły do gustu odcienie czerwieni, różu i pomarańczu, które świetnie podbijają kolor niebiesko-szarej tęczówki oka.
A oto co zmalowałam (mistrzem fotografii na razie nie jestem):


Jak dla mnie to fajna propozycja na imprezę, ale co odważniejsze osoby mogą ją spokojnie nosić w codziennym makijażu.

Recenzja Bourjois 123 Perfect Foundation

Naszło mnie dzisiaj na pisanie recenzji używanych przeze mnie ostatnio podkładów więc nie mogłam nie wspomnieć o jednym z najgorszych, przynajmniej dla mnie, wyborów jakich dokonałam przy zakupie podkładu.
Podkład nabyłam w zeszłym roku podczas rossmannowskiej przeceny -40%. Być może fakt istnego pandemonium, które panowało wtedy w największym Rossmannie w Europie oraz mój dość dużych juz rozmiarów brzuch noszący mojego potomka spowodowały, że w trosce o własne życie i zdrowie podkład wybierałam na szybko i bez czytania wcześniej opinii. Spojrzałam krótko na opis i wyczytałam, że zawarte w podkładzie pigmenty redukują cienie, zaczerwienienia oraz ożywiają cerę, czyli wszystko z czym mam problem i tak o to 123 wylądował w moim koszyku.
Przejdźmy do meritum. Wybrałam odcień 53, czyli z nazwy jasny beż. Podkład był kupowany jakoś w połowie września, więc moja cera miała na sobie jeszcze całkiem niezłą opaleniznę po lecie, choć z uwagi na stan błogosławiony raczej słońca unikałam. Jestem kolorystycznym latem, więc opalam się dość łatwo i na ładny kolor i z po pierwszym nałożeniu podkłady wydawałoby się, że jeśli chodzi o kolor to jest super. Nic bardziej mylnego! Całe szczęście, że podkład testowałam nie wychodząc z domu, bo takiej pięknej pomarańczy na twarzy to nie miałam chyba nigdy. Podkład nie ściemniał o pół tonu czy ton, ale jak dla mnie o jakieś 3-4 tony i paskudnie odcinał się od reszty ciała. Poza tym przybrał wcześniej wspomnianą pomarańczową barwę.
No cóż, wybrałam za ciemny kolor, więc może chociaż spełnia pozostałe oczekiwania to wtedy dokupię znacznie jaśniejszą wersję i będę mieszać. Jednak nie spełnia żadnych z deklarowanych na etykiecie wymagań. Nie niweluje zaczerwienień, sińców, o ożywieniu cerę nie wspomnę, bo jak dla mnie moja twarz potraktowana tym podkładem wygląda na koszmarnie zmęczoną i nie jest to efekt za ciemnego odcienia. Próbowałam aplikacji palcami, różnymi typami pędzli oraz gąbek i efekt zawsze jest ten sam, czyli kiepskie krycie i zmęczona twarz.
Podkład ma dla mnie dość nieprzyjemną suchą i tępa konsystencję, przez to ładne rozprowadzenie go może nastręczać problemów. Pewnie z uwagi na tą konsystencję podkreśla też wszystkie suche skórki i zmarszczki mimiczne oraz przepięknie wchodzi w pory skóry.
Może komuś ten podkład pasuje. Ja miałam do niego kilka podejść i nigdy nie byłam zadowoloną. Ciężko mi wypowiedzieć się o jego trwałości, gdyż nie wytrzymałam z nim nigdy dłużej niż 4 godziny, a potem szłam szybko zmyć go z twarzy.
Do tego podkładu na pewno nie wrócę i poważnie zastanawiam się czy testować inny podkład z Bourjois, a mianowicie Healthy Mix, bo ja na razie trochę się zraziłam do podkładów tej firmy.

Recenzja Revlon Colorstay dla cery tłustej

Moja cera sprawie mi różne problemy, więc szukanie podkładu idealnego jest moją misją. Przeglądając różne fora i strony internetowe trafiłam na podkład Revlon Colorstay. Podkład występuje zarówno w wariancie dla cery suchej/normalnej jak i mieszanej/tłustej. Ja wybrałam ten drugi wariant z uwagi na to, że moja twarz ma dość dużą tendencję do świecenia się i wydawało mi się, że będzie to dobry wybór.
Revlon oferuję dość dużą gamę kolorystyczną, niestety najczęściej średnio dostępną stacjonarnie, ale od czego są drogerie internetowe? Ja trochę w ciemno zamówiłam kolor 220 Natural Beige. Podkład ma delikatne różowe tony, ale nie jest to efekt świnki Piggy. Jak dla mnie jest to niewątpliwa zaleta, gdyż na cerze która wydziela dużo sebum wiele podkładów lubi dość mocno ściemnieć i zmienić barwę albo na pomarańczową, czyli efekt solary tudzież biurowe opalenizny, bądź przybrać mocno różową barwę wcześniej wspomnianej świnki. Revlon tego nie robi, przynajmniej w moim przypadku, więc jeśli chodzi o kolor to ma u mnie piątkę z plusem.
Jeśli chodzi o krycie to moim zdaniem jest to jeden z najlepszych podkładów jakich miałam okazję używać. Wiele osób narzeka, że Revlon robi im maskę na twarzy, ale maskę zrobi każdy źle dobrany i w za dużej ilości nałożony podkład. Ja nie nakładam tego podkładu palcami tylko używam albo pędzla typu flat-top (Hakuro H50s lub Real Techniques) bądź uzywam Miracle Complexion Sponge firmy Real Techniques i moim zdaniem ten drugi sposób jest zdecydowanie najlepszy, bo ładnie zakrywa wszystkie niedoskonałości skóry, ale nie nakłada za dużo kosmetyku. 
Trwałość oceniam jako bardzo dobrą. Nie testowałam czy wytrzyma całą dobę, ale spokojnie wytrzymuje ponad osiem godzin, a przypudrowany nawet dłużej bez zbędnego błyszczenia się skóry.
Zalety były to teraz skupię się na wadach. Nie wiem jak u innych, ale u mnie zdarza się, że ten podkład w brzydki sposób warzy się w strefie T i włazi w pory na policzkach. Nie dzieje się tak zawsze, ale wystarczy, że mam choć odrobinę podsuszoną skórę i od razu podkład o wiele gorzej wygląda i co oczywiste podkreśli każdą suchą skórkę. dobra rada- twarz musi być super nawilżona jeśli zamierzamy używać tego kosmetyku.
Kolejna wadą jest cena, czyli około 70 PLN stacjonarnie w drogeriach typu Rossmann czy Hebe. Wydaje mi się, że większość osób używających tego podkładu kupuje go w najróżniejszych drogeriach internetowych, gdzie jest o pnad połowę tańczy co kalkuluje się znacznie lepiej, nawet jeśli doliczymy koszty wysyłki.
Na koniec najważniejsza dla mnie wada. Podkład niestety zapycha! Ja raczej nie mam tendencji do zapychania porów, ale ten podkład potrafi to zrobić. W moim przypadku nie są to jakieś bolesne gule, raczej takie małe pryszczyki przypominające potówki. Mimo, że nie są to wypryski upierdliwe i następnego dnia znikają, to są przyczyną dla której używam Revlonu bardzo sporadycznie, bo nie po to dbam o cerę, żeby potem niszczyć ją sobie podkładem.
Sprawdziłam na kilku forach, blogach oraz vlogach i część dziewczyn, które mają cerę tłustą bądź mieszaną używa wersji dla cery suchej/normalnej i bardzo ją sobie chwali w porównaniu do wersji mieszanej/ tłustej. Myślę, że ja też spróbuję tej drugiej wersji i zobaczę czy może ta będzie miała wymienione wcześniej zalety bez wspomnianych wad.
Ktoś ma również podobne doświadczenia z tym podkładem?
Świecidełka na Gwiazdkę, czyli grudniowy Glossy Box

Świecidełka na Gwiazdkę, czyli grudniowy Glossy Box

Miałam nadzieję, że już wczoraj uda mi się zrecenzować obydwa zamówione przeze mnie boxy, ale kurierzy niestety zdecydowali inaczej i Glossy Box dotarł do mnie dopiero dzisiaj rano. Na stronie beGlossy na Facebooku zdążyłam już przeczytać raczej dość niepochlebne opinie dotyczące grudniowej edycji. Niestety u mnie też się to sprawdziło :-(.

Pudełko wygląda tak:


Na pierwszy rzut oka widać kolejny balsam do ciała firmy Vaseline. Firma nowa na rynku, chce się wypromować, więc rozumiem, że swoje produkty stara się promować na wszelkie możliwe sposoby. Tym razem otrzymała wersję białą, rekomendowaną jako najbardziej odżywcza i na dodatek bez zapachu. Sądzę, że dostanie ją mąż.

Następny produkt to młyn micelarny firmy Nivea. No cóż, Nivea jest dostępna praktycznie wszędzie, więc mnie szczególnie nie cieszy.

Następnie mamy 3 produkty do makijażu: błyszczyk firmy Joko, lakier Paris Lambre oraz róż do policzków So Susan Cosmetics. Wszystko to produkty pełnowymiarowe.
Błyszczyk ma taką ilość brokatu, że w moim mniemaniu nie nadaje się do stosowania na dzień. Wiem, że do wyboru był albo błyszczyk albo kredka i ja osobiście wolałabym dostać kredkę do oczu.

Lakier do paznokci jest w bardzo ładnym fioletowym kolorze i akurat ten produkt przypadł mi najbardziej do gustu i będę go używała z chęcią.

Ostatni kosmetyk to róż do policzków firmy So Susan Cosmetics w całkiem ładnym dość uniwersalnym kolorze. Kosmetyk bardzo przydatny, aczkolwiek ja nie zapłaciłabym za niego 94 PLN.

Poza tym otrzymujemy jeszcze czekoladkę oraz naklejkę, a członkinie klubu VIP krem BB Garniera oraz balsam-olejek do demakijażu firmy Tołpa.
Moje wrażenia? No cóż, czuję się w pewien sposób rozczarowana tym pudełkiem. Wolałabym konturówkę zamiast błyszczyka lub inny balsam zamiast bezzapachowego tym bardziej, że beGlossy zawsze przygotowuje kilka wersji pudełek.
Na obecną chwilę zrezygnowałam z subskrypcji tego pudełka, ale nie wykluczam powrotu lub kupowania pojedynczych pudełek.
Jestem również ciekawa Waszych opinii na temat tego pudełka.

W krainie gąbek...

Jakiś czas temu wśród osób interesujących się makijażem, zarówno laików jak i profesjonalistów, zapanowała moda na korzystanie z gąbek do makijażu, a właściwie z jednej gąbki, różowego jaja, znanego jako Beauty Blender. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, błyskawicznie pojawiły się najróżniejsze podróby tego produktu bądź produkty w pewien sposób na BB wzorowane. Wcale mnie to nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, że rzeczone jajo kosztuje około 80 PLN! Jak dla mnie to stanowczo za dużo jak na gąbkę do makijażu.

Parę razy miałam okazję używać takich zwykłych lateksowych gąbeczek z drogerii i powiem szczerze, że z niektórymi podkładami współpracowały wręcz znakomicie, ale niestety bardzo szybko robiły się twarde i nadawały się tylko do wyrzucenia.

Pomimo, że jestem posiadaczką kilku pędzli do podkładu, zarówno typu flat-top, zwykły języczkowy czy też ostatnio zakupiony pędzel typu "skunks", to postanowiłam poszukać jakiejś alternatywy dla różowego jaja i lateksowych gąbeczek. W ten sposób natknęłam się na moim zdaniem genialny produkty firmy Real Techniques, czyli Miracle Complexion Sponge. Cena o ponad połowę niższa niż BB, a przy dobrych promocjach można tą gąbkę kupić za okołó 20-25 PLN-takie promocje ma na przykład drogeria internetowa cocolita.pl, którą notabene polecam.

Gąbka jest pomarańczowa i podobna kształtem do BB z tą różnicą, że jedna strona jest ścięta przez to zamiast całkowicie okrągłej powierzchni mamy stronę całkowicie płaską. Tą stroną zgodnie z wskazówkami ze strony internetowej Real Techniques możemy aplikować podkład. Czubek ma służyć do rozcierania podkładu lub korektora w mniejszych partiach twarzy jak na przykład skrzydełka nosa lub wewnętrzny kącik oka, a okrągłą część możemy wykorzystać do nałożenia różu, bronzera czy też rozświetlacza.

Co do używania- na opakowaniu napisane jest, że można używać gąbki zarówno na such jak i na mokro. Ja używam tylko po namoczeniu w wodzie, gdyż inaczej wydaje mi się zbyt twarda. Efekty- jak na razie gąbko współpracuje z każdym moim podkładem. Nawet dość ciężki podkład firmy Revlon nakłada w taki sposób, że co ma być ukryte to jest schowane, ale bez efektu niepotrzebnej maski o co bardzo łatwo przy tego typu podkładach. Co do wchłaniania podkładu to niektóre podkłady gąbko "pije" bardziej, inne mniej. Ciężko jest mi ocenić od czego to zależy

Jeśli chodzi o higienę gąbki to ja myję po każdym użyciu mydłem Biały Jeleń, a następnie odciskam w ręcznik i pozostawiam do wyschnięcia. Moja gąbka domywa się całkiem nieźle i jak na razie nie widać na niej żadnych zniszczeń.

Raczej nie wydam 80 PLN na Beauty Blender, natomiast na pewno skorzystam jeszcze nie raz z cudownej gąbki Sam Chapman.

Poniżej kilka adresów drogerii, gdzie można tą gabkę zakupic:
Cocolita.pl
Ekobieca.pl


Powiedz stop nietrafionym prezentom, czyli grudniowy Shiny Box!

Powiedz stop nietrafionym prezentom, czyli grudniowy Shiny Box!

Kiedy dowiedziałam się, że wysyłka Shiny Box odbędzie się w tym miesiącu wcześniej to już nie mogłam się doczekać. Tym bardziej, że pudełeczko miało być super hiper wypasione. Dzisiaj pani kurierka zapukała do moich drzwi i wręczyła mi magiczne pudełeczko. To już moje czwarte pudełko i na Shiny się nigdy nie zawiodłam, bo w między czasie zamawiałam również Mix Boxy.

Ad rem. Pudełeczko wygląda tak:

Co uderza nas na początku to fantastyczny aromat cynamonu. Sprawcą tego jest glicerynowe mydełko Organique, które wzbudziło zachwyt męża i syna. To już kolejny produkt Organique, który dostałam wraz z Shiny Box i kolejny, który bardzo mi się podoba. Zachęca do odwiedzenia strony Organique i zrobienia tam zakupów zwłaszcza, że wraz z pudełeczkiem dostajemy kupon na zakupy w Organique.
A mydełko wygląda tak:



Kolejna rzecz to balsam do ciała Vaseline. Jest nowa firma na polskim rynku. Balsam jest opisany jako mocno nawilżający, ale nie pozostawiający tłustej warstwy. Posmarowałam nim ręce i po tym krótkim teście mogę powiedzieć, że tłustej warstwy rzeczywiście nie ma, a przy tym pozostawia delikatny, lekko słodki zapach.

 Kolejny kosmetyk to również produkt firmy Vaseline i jest nim po prostu wazelina. Reklamować chyba nie trzeba :-).


Krem pod oczy firmy Pose to moim zdaniem absolutny hit tego pudełka i to nie ze względu na cenę, czyli około 100 PLN za opakowanie, które notabene dostajemy pełnowymiarowe. Miałam okazję używać próbek tego kremu i jestem nim zachwycona, więc dla mnie jest to bardzo trafiony produkt mimo, że kilka kremów pod oczy już mam.

Jeśli jesteśmy przy oczach to w obecnej edycji Shiny Box otrzymujemy również miniaturkę płynu micelarnego firmy Lierac. Jeszcze go nie testowałam, ale z chęcią sprawdzę go na moich różnokolorowych cieniach do powiek.
Pudełko zawiera też pastę do zębów Signal. Pasta jest wybielająca. Może się komuś średnio podobać, ale ja akurat z uwagi na mą miłość do kawy lubię testować pasty wybielające, więc tą też powitałam z zadowoleniem.
Na koniec pozostawiłam absolutną perełkę, czyli cienie i brokat firmy APC. Wieżyczka cieni była już w listopadowym boxie i wtedy to były cienie w bardziej stonowanych kolorach. Teraz otrzymujemy kolor typowo wieczorowe, mieniące się. Ja mimo tego, że z uwagi na synka raczej w karnawale nie poszaleję, to z chęcią wykonam jakieś makijaże za pomocą tych cieni, a może pomaluję siostrę lub koleżanki.
W pudełeczku znajduje się też fajna przypinka oraz kilka kuponów rabatowych do różnych sklepów internetowych.

Podsumowując, dla mnie jest to rewelacyjne pudełko, idealnie wpisujące się w okres zimowy i świąteczny. Z chęcią będę kontynuowała subskrypcję Shiny Box.

Nie mogę bez tego żyć, czyli moi kosmetyczni ulubieńcy -Pielęgnacja cz.2

Kontynuacja poprzedniego posta dotyczącego pielęgnacji.


  1. Maseczki oczyszczające- na bazie glinek, błota lub kwasów. Bardzo lubię ten widok po zmyciu maseczki, kiedy moje pory są pięknie oczyszczone i zwężone. Używałam maseczek różnych firm i pod tym względem cały czas testuję. Pewnie będę musiała trochę zmienić te maseczki, których używam obecnie, gdyż na wizycie u kosmetyczki dowiedziałam się, że moja cera jest sucha, a nie tłusta i nie mogę jeszcze bardziej jej przesuszać.
  2. Maseczki nawilżające- uwielbiam je. Najchętniej z Bielendy albo Lirene- taka ze mnie patriotka jeśli chodzi o kosmetyki.
  3. Balsam i olejek do ciała, najlepiej z kompleksem ujędrniającym. Jak większość kobiet mam cellulit i mimo tego, że obecnie nie walczę z nim jakoś zawzięcie to staram się dwa razy dziennie wmasować w ciało olejek bądź balsam o działaniu ujędrniająco-wyszczuplającym. Nie oszukuję się, że to zastąpi mi ćwiczenia i zdrową dietę, ale dzięki takiemu zabiegowi skóra jest bardziej jędrna i sprężysta, więc grudki cellulitu są znacznie mniej widoczne.
  4. Krem do biustu- tego chyba nie muszę wyjaśniać. Polecam taki bez parafiny jak np. Palmers, za to zawierający lanolinę.
Oczywiście poza tymi już wymienionymi, moja łazienka pełna jest wszelkiego rodzaju żeli, kremów i innych smarowideł, ponieważ kosmetyki bardzo lubię i chętnie z nich korzystam.

Co z tą cerą, czyli czego można się dowiedzieć po wizycie w gabinecie kosmetycznym

W ostatnią sobotę z okazji ważnej imprezy rodzinnej postanowiłam zrobić sobie dzień dobroci dla siebie i odwiedzić fryzjera oraz kosmetyczkę. W zasadzie głównie fryzjera, ale postanowiłam, że skoro już jestem na miejscu, a pani kosmetyczka ma czas to przy okazji skorzystam z zabiegu. Notabene gorąco polecam ten salon piękności Dom Urody. To co zrobiła z moją fryzurą pani stylistka to jest absolutna rewelacja, która wzbudziła powszechny zachwyt na rodzinnej imprezie. Sama jestem fryzurą zachwycona i chętnie wrócę za jakiś czas na podcięcie tego co odrośnie :-).
Przełomowa jednak okazała się wizyta u pani kosmetyczki, która stwierdziła u mnie cerę suchą. Dobrze, że leżałam na tym łóżku, bo chyba bym padła. Ja i cera sucha? Moje wiecznie błyszczące się czoło, nos i praktycznie cała reszta twarzy? Niemożliwe! Pani kosmetyczka jednak stwierdziła, że moja skóra jest sucha pozornie tłusta, czyli że świeci się i wygląda na tłusta, ale tak naprawdę jest sucha. Rzeczywiście ostatnio zaczęłam odczuwać dość nieprzyjemne uczucie ściągnięcia skóry i dość dużo suchych skórek na nosie, czole i policzkach, ale zwalałam to na suche powietrze i nadchodzącą zimę.Nawet teraz jak to piszę, to mam ochotę podrapać sobie brodę czy policzki albo szybko je czymś posmarować, więc coś może być na rzeczy. W planach mam zrobienie komputerowej analizy typu skóry, żeby jeszcze lepiej o nią zadbać.
Póki co postanowiłam sama sobie pomóc. Przede wszystkim piję więcej wody i mniej kawy oraz herbaty, a co za tym idzie używam mniej cukru. Na dzień zaczęłam używać kremu nawilżającego, aktualnie Bielendy 30+, zamiast kremu matującego i skutki mam takie, że skóra jest lepiej nawilżona a przy tym znacznie mniej się świeci. Na noc również używam kremu nawilżającego Bielendy, który mieszam z olejkiem. W ciągu dnia jeśli czuję ściągnięcie się skóry to biorę krem dla dzieci Babydream i się nim smaruję. Zamówiłam też sobie maseczki z algami, które mają pomóc w nawilżeniu skóry. Jak już ich trochę poużywam to chętnie napiszę o nich recenzję.
Z rzeczy, które jeszcze staram się zmodyfikować, to zaczęłam ponownie włączać nawilżacz powietrza na noc i powoli widzę skutki takiej terapii.
Jeśli ktoś miał podobny problem jak ja i zna jakieś sprawdzone sposoby, żeby pomóc skórze to chętnie się o tym dowiem :-).

Recenzja 1 Maybelline Dream Matte Mousse

Nazwa bloga sugeruje, że będzie o podkładach. Jest to założenie całkowicie słuszne, gdyż jeśli chodzi o podkłady to mam na tym punkcie lekkiego świra i cały czas szukam tego idealnego, wymarzonego. Co łatwe nie jest przy mojej dość wymagającej cerze.

Ad rem. Podkład Maybelline Dream Matte Mousse jest jak wskazuje jego nazwa podkładem matującym w formie musu. Istnieje na polskim rynku już ładnych kilka lat i można go kupić w każdej drogerii, która ma w swojej ofercie kosmetyki Maybelline. W Polsce dostępnych jest 6 odcieni, w USA podobno aż 12 co mnie jakoś nie dziwi biorąc pod uwagę jaki tygiel kulturowy stanowią Stany.

Podkład zamknięty jest w szklanym, dość ciężkim słoiczku. Wielu osobom może to średnio odpowiadać, bo nabieranie palcami jest średnio higieniczne, a jak ktoś ma długie pazurki to dodatkowo bardzo brudzące, jednak jest na to sposób, który opiszę poniżej. Jak już pisałam, odcieni jest 6, chociaż ja w większości drogerii rzadko widziałam więcej niż 4, niemniej jednak na oficjalnej stroni Maybelline Polska mamy informację o 6 odcieniach. Ja osobiście używam 030 Sand, który na stronie wydaje się kosmicznie wręcz ciemny, w słoiczku też sprawia wrażenie dość ciemnego, natomiast na skórze wygląda zupełnie inaczej. W zasadzie to był jeden z pierwszych podkładów w przypadku którego byłam prawie całkowicie zadowolona z koloru. Piszę prawie, gdyż zaraz po nałożeniu podkład jest bardzo jasny i twarz wydaje się bardzo blada. Wydaje mi się, że to wina takich małych, białych drobinek, które są w tym podkładzie. Po mniej więcej 15-30 minutach podkład ładnie stapia się ze skórą i nie ma już tego wrażenia bladości.

Kolor już był, więc teraz krycie, które moim zdaniem jest więcej niż zadowalające. Podkład bardzo ładnie maskuje zaczerwienienia, naczynka, jakieś małe płytkie blizny. Wiadomo, do jakiś większych niedoskonałości należy użyć korektora, ale z jakimiś mniejszymi problemami podkład radzi sobie znakomicie. Kosmetyk bardzo ładnie matowi skórę, nie jest to taki super hiper płaski mat. skóra wygląda na zdrową i zadbaną. Niestety przy tłustej skórze ten efekt nie trzyma się jakoś szczególnie długo, ale też twarz nie świeci się jak latarnia, bardziej nabiera takiego błysku, który nie każdemu może odpowiadać. To jest dla mnie przynajmniej największa wada tego podkładu, tzn. że nie jest szczególnie trwały. Ma też tendencję do wchodzenia w pory skóry. To jest niestety najczęstsza przypadłość u osób z tłustą skórą.

Ja jednak znalazłam całkiem niezły sposób, żeby znacząco ograniczyć te dwie wady, a mianowicie nakładam ten podkład pędzlem, a nie palcami. Z początku używałam pędzla języczkowego, jednak robił smugi, więc przerzuciłam się na pędzle typu flat-top. Z pomocą takiego pędzla wstemplowuję podkład w skórę. Dzięki tej metodzie, przynajmniej u mnie, trzyma się lepiej, nie podkreśla porów i w jakiś magiczny sposób też wolniej zaczynam się świecić.

Jeszcze jedna rewelacyjna sprawa związana z tym podkładem. Odkryłam, że jeśli użyjemy innego podkładu, który jest za ciemny, pomarańczowy itd., a na to nałożymy cieniuteńką warstwę podkładu MAybelline, to ten mus w jakiś rewelacyjny sposób rozjaśni i odpomarańczowi (chyba nie ma takiego słowa ;-)) nam ten źle trafiony podkład.

Ja osobiście nie wiem czy do podkładu Maybelline wrócę, bo za bardzo lubię testować, ale mogę go polecić z czystym sumieniem.


P.S. Jak ogarnę odpowiednie robienie zdjęć na moim aparacie to postaram się wrzuć kilka zdjęć :-)

Nie mogę bez tego żyć, czyli moi kosmetyczni ulubieńcy cz.1-Pielęgnacja

Uwielbiam testować nowości. Kremy, balsamy, żele, mleczka itd., więc często kupuję coś nowego, żeby sprawdzić czy będzie mi odpowiadało. Są jednak takie kosmetyki, bez których nie wyobrażam sobie swojej łazienki i ciężko mi będzie bez nich funkcjonować. Są to:

  1. Moja własna mieszanka olejów stosowana do mycia twarzy. Na temat OCM pisałam już w poście kilka dni temu. Ogromnym plusem takiego kosmetyku jest, że nie muszę się obawiać, że go wycofają, bo robię go sama :-).
  2. Błoto z Morza Martwego. Kolejny super kosmetyk, który będzie istniał zawsze. Ja stosuję w formie maseczek na twarz (genialnie czyści tłustą skórę), na włosy (pomaga przy podrażnionej skórze głowy), na ciało (znikają wszystkie małe krostki, ewentualne przebarwienia i płytkie blizny, no i oczywiście nieszczęsny cellulit). Używałam kilku firm oferujących maseczki z błotem, ale najlepiej eśli chodzi o efekty i cenę wypada firma White Flowers (do kupienia w Rossmanie). Za 500 gramów suchego błota płacimy około 20 PLN, a przy promocji nawet 15. Dla porównania gotowa maseczka z błotem, oczywiście z jakimiś dodatkami, kosztuje ok. 20-30 PLN za 50-75 ml. Można sobie przeliczyć co wychodzi lepiej :-).
  3. Kolejną super sprawą jest dla mnie glinka zielona, również często wykorzystywana w maseczkach dla skóry tłustej. Glinki używam, kiedy chcę oczyścić skórę podobnie jak błotem, ale bez efektu dość silnego zaczerwienienia, który pojawia się u mnie po korzystaniu z błota. Glinka ma tendencje do dość szybkiego wysychania i ściągania nam twarzy, ale jest na to bardzo prosty sposób- pryskanie wodą, najlepiej termalną, ale zwykła mineralna w spryskiwaczu do kwiatów też daje radę. Jak aktualnie mam gotowe maseczki z glinką, m.in. z Bielendy, Sorai i jeszcze kilku firm, a jak mi się skończą to planuję zakup proszku i tworzenie maseczek samodzielnie.
  4. Peeling to następna rzecz na mojej liście obowiązkowego zaopatrzenia łazienki. Peeling zarówno twarzy, jak i ciała wykonuję co 3 dni i to jest dla mnie optymalny odstęp czasowy. Peelingi lubię takie, które mocno zdzierają, tzn. enzymatyczne i tym podobne u mnie kompletnie odpadają. Obecnie zwracam też bardziej uwagę na skład peelingu i staram się eliminować te, które mają dla substancje niepożądane. I tak w peelingach do ciała nie znoszę parafiny,którą natomiast w balsamach umiarkowanie akceptuję. Parafina w peelingu sprawia, że mam uczucie jakiejś takiej lepkiej mazi na skórze, którą mama ochotę od razu zmyć. Natomiast w peelingach do twarzy staram się unikać SLS, SLES, które mnie po prostu wysuszają. Co do używanych peelingów to do ciała mam obecnie dwa peelingi firmy Organique, które dostałam wraz z kolejnymi edycjami Shiny Box, natomiast do twarzy aktualnie mam pastę z Ziai, natomiast w kolejce czeka moja ulubiona Bielenda.
  5. Tonik. Koniecznie bez alkoholu, koniecznie z kwasami. Mój obecny faworyt to tonik z Bielendy z Serii Skin Clinic Professional do skóry tłustej.
  6. Kremy bądź olejki do twarzy, obowiązkowo na dzień i na noc. Na dzień lubię kremy, które solidnie nawilżają, ale nie robią świecącej latarni z mojej twarzy. Na noc preferuję kremy bardziej treściwe, z kwasami lub tak jak jest podczas karmienia Synka-olejki. Co do marek to kremu na dzień cały czas szukam, a z olejkami na noc dopiero zaczynam przygodę, więc okaże się jak mi one służą. Obecnie mam olejek z Bielendy, ale bardzo kusi mnie olejek z kurkumą z Orientany. 
  7. Krem pod oczy. tutaj chyba nic nie muszę wyjaśniać dlaczego, po co itd. Od pewnego wieku po prostu niezbędny.

C.D.N

Lista olejów przy OCM

Jako dodatek do poprzedniego posta :-)

Cera sucha, wrażliwa, dojrzała:
  • Oliwa z oliwek
  • Olej migdałowy
  • Olej z pestek wiśni
  • Olej z rokitnika
  • Olej z pestek winogron
  • Olej z nasion malin
  • Olej z nasion truskawki
  • Olej z ogórecznika lekarskiego
  • Olej arganowy
  • Olej z orzechów laskowych
  • Olej z owoców róży
  • Olej z pestek granatu
  • Olej z pestek moreli
  • Olej ze słodkich migdałów
  • Olej z awokado
Cera normalna:
  • Olej z awokado
  • Olej z orzechów laskowych
  • Olej z owoców róży
  • Olej z pestek granatu
  • Olej z pestek moreli
  • Olej ze słodkich migdałów
  • Olej Jojoba
  • Olej ze słodkich migdałów
Cera tłusta:
  • Olej Jojoba
  • Olej lniany
  • Olej sezamowy
  • Olej z orzechów laskowych
  • Olej z pestek brzoskwini
  • Olej z pestek dyni
  • Olej sojowy
  • Olej z konopi
  • Olej ryżowy 
  • Olej z orzechów włoskich
Cera z trądzikiem, zanieczyszczona:
  • Olej z krokosza barwierskiego
  • Olej tamanu (jako dodatkowy składnik)
  • Olej z czarnuszki siewnej
  • Olej sezamowy
  • Olej lniany
Oleje można kupić w zwykłym spożywczaku, aptece, sklepach ekologicznych albo na stronach internetowych z półproduktami kosmetycznymi.
OCM jako metoda oczyszczania tłustej cery

OCM jako metoda oczyszczania tłustej cery

Jako posiadaczka tłustej cery mam z nią odwieczny problem. Szerokie pory, nadmierne świecenie się, zaskórniki, wągry i sporadycznie jacyś więksi nieprzyjaciele. Do tego trochę rozszerzonych naczynek, blizny po pozbywaniu się nieprzyjaciół (nie należy tego robić paluchami, teraz już to wiem) no i cera 30+. Bardzo fajne w pielęgnacji są kwasy, zwłaszcza glikolowy się u mnie sprawdził, ale że karmię Szkraba to na razie z tych mocniejszych kwasów musiałam zrezygnować i pomyśleć o czymś co mi skórę oczyści, a przy tym jej nie wysuszy.




Do tej pory moim standardem pielęgnacji było:


  • rano: żel do mycia twarzy, tonik, serum, krem na dzień
  • wieczorem: płyn micelarny, żel do mycia twarzy, tonik, serum, krem na noc
Ta metoda nie do końca się sprawdzała, bo po umyciu twarzy żelem, niezależnie od firmy, miałam uczucie suchara na twarzy. Chyba najmniej mnie przesuszał żel z serii Bielenda Pharm do skóry tłustej i trądzikowej, a to chyba dlatego, że jako jeden z nielicznych nie zawiera SLS. O SLS, SLES, parafinie i innych potencjalnie złych rzeczach kiedy indziej.


Szukałam jakiejś alternatywy, która dobrze oczyści mi skórę, ale też jej nie przesuszy. No i znalazłam. Magiczna nazwa OCM, która przewija się w bardzo wielu blogach urodowych. Ja najwięcej informacji znalazłam na stronie Alina Rose Makeup Blog i właśnie z opisu Aliny korzystałam przy tworzeniu swojej olejowej mieszanki.


Czym jest OCM?


Zacznijmy od tego czym w ogóle jest OCM. OCM to oil cleansing method, czyli po prostu czyszczenie twarzy olejem. Tłusta skóra i olej? Większość popuka się w głowę. A jednak! Jest to metoda bazująca na prostej zasadzie, że podobne rozpuszcza podobne, czyli tłuszcz najlepiej rozpuścić tłuszczem. 


Co możemy osiągnąć stosując OCM:


  • wygładzoną, lepiej nawilżoną cerę
  • ograniczenie wydzielania sebum i świecenia się skóry
  • zwężenie porów skóry
  • ładniejszy koloryt skóry
  • mniej zaskórników
  • wolniej będą pojawiać się zmarszczki ;-)



Czego potrzebujemy do tej metody :



  • oleju bazowego (z orzechów włoskich, lniany, oliwa, z pestek winogron i wiele innych)
  • oleju rycynowego
  • ściereczki z mikrofibry
  • gorącej wody


Jak wygląda oczyszczanie twarzy za pomocą OCM:



  • mieszamy olej bazowy z olejem rycynowym, z tym że im bardziej przetłuszczająca się skóra tym proporcje oleju rycynowego do bazowego powinny być większe. Ja osobiście używam ok 30% oleju rycynowego, ale można więcej. Przy cerze normalnej zalecane jest 20% oleju rycynowego, a przy cerze suchej 10%. Najlepiej przetestować to samodzielnie
  • po wymieszaniu składników nanosimy specyfik na twarz i delikatnie masujemy. Dwie ważne uwagi: twarz ma być nieumyta wcześniej żadnym żelem, mleczkiem czy płynem micelarnym. Jeśli zrobimy inaczej to zmyjemy powłokę lipidową ze skóry i całe OCM traci sens. Druga uwaga- jak ktoś ma tendencję do zapchanych porów to nie powinien masować twarzy dłużej niż mniej więcej minutę.
  • kolejny etap to nałożenie na twarzy ściereczki z mikrofibry, namoczonej wcześniej w bardzo ciepłej (gorącej)wodzie. Tutaj niestety osoby z mocno naczynkową cerą powinny się zastanowić czy OCM to metoda dla nich.
  • Ściereczkę trzymamy na twarzy kilkanaście sekund, a następnie delikatnie zmywamy nią olej i zanieczyszczenia z twarzy
  • Ściereczkę płuczemy pod bieżąco wodą, ponownie nakładamy olej na twarzy, masujemy, przykładamy ściereczkę i zmywamy.
  • Cały zabieg powtarzamy ok. 3 razy.
  • Na koniec ochlapujemy twarz zimną (najlepiej lodowatą) wodą, żeby zamknąć pory.

Po całym zabiegu możemy nie robić nic, tzn. zostawić skórę w spokoju, albo przetrzeć ją tonikiem i nałożyć krem albo olejek. Ja wybieram tą drugą opcję, bo jakoś w wieku 30 lat średnio sobie wyobrażam niestosowanie kremu na noc. Kosmetyki, którym obecnie używam to tonik Tonik Bielenda Skin Clinic Professional Mezo Terapia Korygująca oraz olejek Bielendy z serii Argan Face Oil + sebu control complex. Tonik uwielbiam, olejek stosuję od tygodnia, ale już widzę świetne efekty. W kolejce czekają kolejne produkty Bielendy, która ma naprawdę super produkty.

U mnie metoda OCM sprawdza się znakomicie. Na razie stosuję ją tylko wieczorem, a rano płyn micelarny oraz krem, ale chyba wprowadzę OCM dwa razy dziennie. Polecam dla wszystkich, którzy mają problem z cerą.

A Wy korzystacie z oczyszczania olejami czy wolicie bardziej tradycyjne metody?

Copyright © 2016 Perfect Foundation , Blogger