Recenzja 1 Maybelline Dream Matte Mousse

Nazwa bloga sugeruje, że będzie o podkładach. Jest to założenie całkowicie słuszne, gdyż jeśli chodzi o podkłady to mam na tym punkcie lekkiego świra i cały czas szukam tego idealnego, wymarzonego. Co łatwe nie jest przy mojej dość wymagającej cerze.

Ad rem. Podkład Maybelline Dream Matte Mousse jest jak wskazuje jego nazwa podkładem matującym w formie musu. Istnieje na polskim rynku już ładnych kilka lat i można go kupić w każdej drogerii, która ma w swojej ofercie kosmetyki Maybelline. W Polsce dostępnych jest 6 odcieni, w USA podobno aż 12 co mnie jakoś nie dziwi biorąc pod uwagę jaki tygiel kulturowy stanowią Stany.

Podkład zamknięty jest w szklanym, dość ciężkim słoiczku. Wielu osobom może to średnio odpowiadać, bo nabieranie palcami jest średnio higieniczne, a jak ktoś ma długie pazurki to dodatkowo bardzo brudzące, jednak jest na to sposób, który opiszę poniżej. Jak już pisałam, odcieni jest 6, chociaż ja w większości drogerii rzadko widziałam więcej niż 4, niemniej jednak na oficjalnej stroni Maybelline Polska mamy informację o 6 odcieniach. Ja osobiście używam 030 Sand, który na stronie wydaje się kosmicznie wręcz ciemny, w słoiczku też sprawia wrażenie dość ciemnego, natomiast na skórze wygląda zupełnie inaczej. W zasadzie to był jeden z pierwszych podkładów w przypadku którego byłam prawie całkowicie zadowolona z koloru. Piszę prawie, gdyż zaraz po nałożeniu podkład jest bardzo jasny i twarz wydaje się bardzo blada. Wydaje mi się, że to wina takich małych, białych drobinek, które są w tym podkładzie. Po mniej więcej 15-30 minutach podkład ładnie stapia się ze skórą i nie ma już tego wrażenia bladości.

Kolor już był, więc teraz krycie, które moim zdaniem jest więcej niż zadowalające. Podkład bardzo ładnie maskuje zaczerwienienia, naczynka, jakieś małe płytkie blizny. Wiadomo, do jakiś większych niedoskonałości należy użyć korektora, ale z jakimiś mniejszymi problemami podkład radzi sobie znakomicie. Kosmetyk bardzo ładnie matowi skórę, nie jest to taki super hiper płaski mat. skóra wygląda na zdrową i zadbaną. Niestety przy tłustej skórze ten efekt nie trzyma się jakoś szczególnie długo, ale też twarz nie świeci się jak latarnia, bardziej nabiera takiego błysku, który nie każdemu może odpowiadać. To jest dla mnie przynajmniej największa wada tego podkładu, tzn. że nie jest szczególnie trwały. Ma też tendencję do wchodzenia w pory skóry. To jest niestety najczęstsza przypadłość u osób z tłustą skórą.

Ja jednak znalazłam całkiem niezły sposób, żeby znacząco ograniczyć te dwie wady, a mianowicie nakładam ten podkład pędzlem, a nie palcami. Z początku używałam pędzla języczkowego, jednak robił smugi, więc przerzuciłam się na pędzle typu flat-top. Z pomocą takiego pędzla wstemplowuję podkład w skórę. Dzięki tej metodzie, przynajmniej u mnie, trzyma się lepiej, nie podkreśla porów i w jakiś magiczny sposób też wolniej zaczynam się świecić.

Jeszcze jedna rewelacyjna sprawa związana z tym podkładem. Odkryłam, że jeśli użyjemy innego podkładu, który jest za ciemny, pomarańczowy itd., a na to nałożymy cieniuteńką warstwę podkładu MAybelline, to ten mus w jakiś rewelacyjny sposób rozjaśni i odpomarańczowi (chyba nie ma takiego słowa ;-)) nam ten źle trafiony podkład.

Ja osobiście nie wiem czy do podkładu Maybelline wrócę, bo za bardzo lubię testować, ale mogę go polecić z czystym sumieniem.


P.S. Jak ogarnę odpowiednie robienie zdjęć na moim aparacie to postaram się wrzuć kilka zdjęć :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Perfect Foundation , Blogger