Recenzja paletki Sleek Glory

Jestem kibicem sportowym i to takim co to wstaje o czwartej rano i ogląda mecze tenisowe lub siatkówki. W takiej sytuacji nie mogłam się oprzeć paletce wydanej z okazji olimpiady w Londynie. Paletka kolorystycznie nawiązuje do medali olimpijskich oraz kół w symbolu olimpiad. Nazwy cieni pochodzą od dzielnic Londynu.

Paletka prezentuje się tak:



Jak widać górna część jest raczej delikatna poza jednym ciemnym cieniem, natomiast dół to już mocne i w większości błyszczące cienie.

Swatche (robione w sztucznym świetle i na bazie z Kobo) prezentują się tak:

W paletce mamy dwa matowe cienie i dziesięć perłowych. Cienie matowe, czyli szary i czerwień to dwie skrajności. Szary jest bardzo słabym cieniem jeśli chodzi o kolor i trzeba się sporo namachać, żeby go nawet dobrze nabrać na pędzel. Sądzę, że nadaje się tylko do rozcierania innych cieni i takie było jego przeznaczenie w tej paletce. Natomiast czerwień to kolor mocny i wystarczy tylko lekko potrzeć pędzlem, żeby go nabrać. Wadą jest to, że pyli i to dość mocno.

Cienie błyszczące mają jak to z reguły w paletach Sleeka całkiem niezłą pigmentację i są przyjemnie kremowe w dotyku. Ciężko było by mi powiedzieć, który najbardziej przypadł mi do gustu, bo wszystkie mają swój urok. Na pewno cienie z górnej części palety łatwiej będzie wykorzystać w codziennym makijażu, bo mają znacznie bardziej stonowane kolor. Ostatni cień z górnej części palety to wbrew pozorom nie czerń, ale taki kolor pośredni między grafitem a bardzo ciemnym granatem.

Paleta fajnie i pomysłowo skomponowana, cienie w większości dobrej jakości. Można i wykonać dość spokojny makijaż na dzień i coś znacznie bardziej kolorowego. Ja mimo tego, że miałam wątpliwości co do tej palety to jestem bardzo z niej zadowolona.

4 komentarze:

Copyright © 2016 Perfect Foundation , Blogger